Zanim kolekcjonowanie i naprawa starych pojazdów stały się modne, Witold Diug posiadał już niejeden egzemplarz. Dzisiaj stoją w jego garażach przykryte kocami. Bytowski pasjonat motoryzacji od czasu do czasu prezentuje je na pokazach starych pojazdów. Jest na nie często zapraszany.

Jak zapewnia, już w dzieciństwie interesował się pojazdami. – Tuż po wojnie mieszkałem w budynku przy ul. Mickiewicza w Bytowie w rejonie energetycznym nad garażem. Mieli tam jeden z nielicznych samochodów w mieście, służbowy amerykański Dodge z demobilu. Podobny do gazika. Kierowcą był pan Jackowski. Chętnie zabierał dzieci na przejażdżki. Byliśmy bardzo dumni, jadąc z nim przez Bytów, a raczej obok gruzów. Najczęściej zabierał nas na stację benzynową przy dzisiejszym Bytowskim Centrum Kultury. Tankował paliwo ręczną pompką – wspomina Witold Diug. Właśnie wtedy jako czteroletni chłopiec zafascynował się samochodami. Gdy ukończył podstawówkę, rodzice skierowali go do gdańskiego Technikum Budowy Okrętów. – Ojciec bardzo chciał mnie widzieć w mundurku podobnym do marynarskiego. Niestety, był bardzo drogi, kosztował 1700 zł, czyli więcej niż wypłata. Po dwóch tygodniach nauki wraz z dwoma kolegami postanowiliśmy się przenieść do technikum samochodowego we Wrzeszczu. Nic w domu nie mówiłem. Nawet w święta, gdy tata pytał, kiedy wreszcie przyjadę w mundurku. Wydało się to dopiero, gdy zostałem przyłapany na paleniu papierosów w internacie. Mama musiała pojechać do Gdańska – wspomina ze śmiechem W. Diug. Tam młody bytowiak poznał budowę samochodów i nauczył się jeździć, nabywając zawodowe prawo jazdy.

Po powrocie do Bytowa zajmował się transportem w rejonie energetycznym. – Opiekowałem się siedmioma pojazdami, ale praca zza biurka mnie nudziła. Po roku, aby uniknąć służby wojskowej, zapisałem się na studium nauczycielskie w Słupsku. Jednocześnie wraz z sympatią wybrałem się na kurs samochodowy. Tam okazało się, że posiadałem większą wiedzę od prowadzącego, a że już nabyłem pierwsze umiejętności dydaktyczne, to poprowadziłem kilka zajęć. Spodobało mi się, więc po namowie poszedłem do Koszalina na roczny kurs i w ten sposób nabyłem uprawnienia do prowadzenia kursów nauki jazdy – wyjaśnia pan Witold, który był instruktorem w Lidze Obrony Kraju, a także nauczycielem w bytowskim Zespole Szkół Zawodowych. – Mimo że na studium kończyłem matematykę z fizyką, uczyłem zawodu mechanik samochodowy. Pracowałem tak 40 lat – dodaje.

Przez długi czas W. Diug przemieszczał się motocyklami. Dopiero gdy na początku lat 70. XX w. na bytowskim rynku zobaczył pokaz Fiata 126 p, bytowski nauczyciel postanowił nabyć malucha. – W tym celu założyłem książeczkę, na którą regularnie wpłacałem określoną kwotę. Gdy uzbierałem 12 tys. zł, otrzymałem informację, że zostałem wylosowany i jeśli wpłacę resztę, to będę mógł kupić Fiata szybciej. Pożyczyłem brakujące pieniądze i pojechałem. Samochód kosztował 65 tys. zł. Jednak długo się nim nie cieszyłem, bo dwa tygodnie później pojechałem na giełdę, gdzie sprzedałem go za 110 tys. zł. Wtedy z tej racji, że trudno było nabyć nowe auto, jego wartość giełdowa była wyższa. Później kupiłem za dewizy Fiata 127 – mówi W. Diug.

Dzisiaj pan Witold posiada podobnego malucha. Również w kolorze piaskowo-żółtym. Egzemplarz, który stoi u niego w Świątkowie wcześniej należał do… Romana Felskowskiego, honorowego obywatela Bytowa. – Ten maluch przejechał niewiele kilometrów, posiada nawet pierwsze opony. To dowód, że Romek Felskowski częściej przemieszczał się jednośladem – mówi.

Starymi autami bytowiak zaczął interesować się później. – W 1988 r. jechałem do córki do Gdyni. Po drodze zauważyłem sprowadzonego z Francji Citroena 2CV. Za dwa dni byłem już jego właścicielem. Auto wymagało remontu. Korzystając z przyszkolnego warsztatu, rozebrałem je do śrubki i część po części składałem. Nie zajmowałem się tylko blacharką, bo wtedy jeszcze nie potrafiłem spawać. Później trochę nim pojeździłem i sprzedałem. Trafiły się kolejne egzemplarze, które doprowadzałem do lepszego stanu. Nieco łatwiej było, gdy poznałem w Niemczech miejsce, gdzie można było kupić części. Tam udawało się również dostać kilka sztuk CV-ki w lepszym stanie – mówi specjalista od kultowych Citroenów.

To nie był koniec jego zdobyczy. – Niemiec, od którego kupowałem części, wybierał się na emeryturę i chciał pozbyć się swojego magazynu. Planowałem nabyć 2-3 sztuki, lecz on powiedział „Bierzesz wszystko albo nic”. Wziąłem więc 11 sztuk po korzystnej cenie. Kilka rozebrałem na części i do dzisiaj je sprzedaję – mówi.

W garażach przed domem stoją cztery CV-ki. Jedna z nich jest szczególna, bo służy niemal do codziennej jazdy. Wielu bytowiaków bardzo dobrze zna tę szarą kaczkę pana Witolda. – Często z żoną jeździmy nim do Łeby. Przynajmniej punktów nie łapię – żartuje ze swojego powolnego, ale uroczego auta.
Dzisiaj trudniej niż dawniej o okazje. – Już nie ma zapomnianych pojazdów w stodołach. Coraz łatwiej o informacje, więc ich właściciele bardzo dobrze się orientują, ile są warte – uświadamia. Citroeny nie są jego jedyną miłością. Dumnie prezentuje Mercedesa Cabrio W 107 380 SL. – To amerykańska unikatowa wersja z Kalifornii. Różni się głównie lampami i teleskopowym bezpieczniejszym zderzakiem. Ma też efektowną tapicerkę – wylicza zalety auta, którego wartość wycenia na 45 tys. zł. Następny był Spitfire Triumph z 1973 r. W ten sposób rozpoczęło się tworzenie małej kolekcji. Było to możliwe dzięki własnej pracy. Większość aut wymagała bowiem renowacji. – To bardzo kosztowne hobby – piaskowanie, chromowanie czy obróbka tapicerska wymagają interwencji fachowców. Samemu za to nauczyłem się spawać – mówi. Oprócz mechaniki potrafi przygotować auto do lakierowania. Na posesji w Świątkowie znajduje się jeszcze kilka pojazdów, którym przywraca dawny blask. Uwagę na siebie zwracają m.in. czarny Alfa Romeo Spider z 1987 r. i żółty Triumph TR7 z 1979 r. Stoi też pewien wyjątkowy samochód. Jak mówi właściciel kolekcji, warty tyle, ile pozostałe razem wzięte. Mowa o czerwonym Porsche 911 Carrera z 1984 r. Ten samochód jest szczególny, bo posiada wzmocniony 3,2-litrowym silnikiem. Kupił go w Stanach Zjednoczonych. – Z pomocą pośrednika prowadziliśmy udział w licytacji w USA. Miałem trzy podejścia. Najpierw wygrał ktoś z Kongo, później z Litwy. W końcu udało się również mnie. Wiązało się to później ze ściągnięciem jednego z największych motoryzacyjnych klasyków na świecie do Polski – opowiada.

Niestety, bytowski pasjonat musi podjąć trudną decyzję. – Nawet syn Krzysztof mówił do mnie, abym sprzedał, co się da, i zachował sobie 2-3 auta. Wyceniłem je i najpewniej jesienią wystawię na sprzedaż. Utrzymanie kilkunastu pojazdów jest czasochłonne i trudne do opanowania. Nieużywane auta się psują – wyjaśnia ze smutkiem W. Diug. Ta decyzja nie oznacza jednak rezygnacji z pasji. W jego garażach czekają jednoślady. Razem z synem uzbierali ich ponad 20. Wiele z nich to unikaty. – Mam Lambrettę i dwa Peugeoty. Jeden z nich będzie na sprzedaż. Czasami muszę coś spieniężyć, aby móc kupić kolejny egzemplarz. Co ciekawe, nie posiadam polskiej Osy. Muszę ją mieć! – mówi stanowczo.

Ale na zbieraniu i naprawie nie kończy się jego motoryzacyjna miłość. Pan Witold jest prezesem bytowskiego towarzystwa miłośników starych pojazdów „BYT – KAR”. Lubi też jeździć na zjazdy zabytkowych aut. Najbliższy – bardzo prestiżowy – z jego udziałem odbędzie się wkrótce na sopockim molo.

 Bogdan Adamczyk