Rajd Dan-Car 2021 (1)

344

Ciekawa trasa, piękne widoki, muzea pełne starych samochodów. Bez naszej zgranej ekipy wszystko to nie byłoby nawet w połowie tak przyjemne, jak było. A zaczęło się tak…


W 3 Rajdzie Dan-Car swój udział zapowiedziało 26 osób. Mieliśmy jechać w 14 pojazdach. Tuż przed startem dołącza do nas nestor bytowskich samochodziarzy Witold Diug. Super! W piątkowe popołudnie 3.09. spotykamy się na obiadowej odprawie w „Stacji Smaku” w Udorpiu. Czy aby czegoś nie zapomnieliśmy? Prezes Automobilklubu Bytowskiego Grzegorz Rycko przypomina o paszportach covidowych i dodatkowych ubezpieczeniach. Dwie dawki Pfizera przyjąłem kilka miesięcy temu, wystarczyło wydrukować dowód szczepienia, jednak ubezpieczenia nie mam. Szybki telefon do Bartka Malka i wkrótce słyszę małe pik w komórce, informujące o SMS-ie z ubepieczalni. Wszyscy ubrani jesteśmy w koszulki rajdowe. Przybijamy piątki i w trasę. Po drodze na placu Eko-Coloru zaliczamy jeszcze sesję zdjęciową. Punkt o godz. 15.00 wyruszamy w kierunku Świnoujścia. Dopiero po kilkudziesięciu kilometrach zaczynam odczuwać lekki strach, myślę o całej trasie. Czy mój Trabant wytrzyma 2600 km? Czy ja dam radę? Już czuję zmęczenie jazdą ciasnym samochodzikiem.

Pod Kołobrzegiem zaliczamy pierwszą pauzę na WC. Czasu jest sporo, bo na promie mamy się zameldować dopiero o godz. 21.30. Koniec odpoczywania, znów ruszamy. Przekręcam kluczykiem, ale Trabant nie reaguje. Rozrusznik milczy. Otwieram maskę, Piotr Gierdalski od razu stawia diagnozę: akumulator nie ładuje przez luźną klemę. Ekipa pcha Trabiego, odpalam na zapych. Jest jasno, więc przez chwilę jadę na wyłączonych światłach, aby doładować akumulator. Nie wierzę w żadne dziwne znaki i przepowiednie, jednak to nie jest najszczęśliwszy początek. Po kolejnej setce kilometrów i tankowaniu Piotr sprawdza ładowanie. Wszystko okej. Aby baki mieć pełne polskiego paliwa, jeszcze dolewamy w Świnoujściu.

Tymczasem coś niepokoi ekipę Prezesa. Z odsieczą znów przychodzi Piotr. W kwadrans załatwia problem z odmą w Mercedesie 190. Gdy już zaczyna się ściemniać, docieramy do portu. Przez godzinę czekamy na wjazd. Spoglądam to na wielki prom, to na małego Trabanta. Zaczynam się bać. Mówię kolegom, że gdybyśmy odpływali z Gdyni, prawdopodobnie już zawracałbym do Bytowa. Marcin Knop uspokaja, opowiadając coś o środku ciężkości i że statek jest bezpieczny. Niech mu będzie. Wjeżdżamy. Pakują nas na drugi pokład tuż przy ścianie obok ciężarówek. A na promie normalka – sklep, restauracja, kawiarnia i ciasne kajuty. Ale nie o luksusy przecież chodzi. Ważne, aby przespać choć kilka godzin. Muszę jednak spróbować smaku promowej golonki. Była pyszna, choć daleko jej do tej z Pragi z poprzedniego rajdu. Na siłę zamykam oczy. Daremnie. Drgania i dźwięki śruby nie dają zasnąć. Ostatecznie zaliczam jedynie 2-3 godz. drzemki.

O godz. 5.30 mamy śniadanie. Takie typowe, hotelowe jedzenie, plasterki tego i tamtego. Nie czas na wymyślanie, trzeba zjeżdżać 5 pięter po Trabanta. W szwedzkim Ystad wita nas przepiękny wschód słońca. W nawigacji wklepujemy kierunek Markaryd – miasto partnerskie Bytowa, którego nie mogliśmy ominąć. W oczy rzucają się zadbane gospodarstwa Skanii. Po kilkudziesięciu płaskich kilometrach pojawiają się widoki podobne do naszych kaszubskich. Wjeżdżamy do Smalandii. Jest pięknie. Przy takim tempie możemy spokojnie oglądać się na boki. Szwecja to kraj pełen radarów i ograniczeń prędkości. Najszybciej można 80 km/h. I lepiej tego przestrzegać, bo pilnują. Po drodze na jednym z nielicznych parkingów pierwszy piknik.

U ZNAJOMYCH W SMALANDZIE

Do Markaryd dojeżdżamy o godz. 10.00. Wita nas miła kobieta. Ku naszemu zdziwieniu mówi po polsku. Wskazuje piękne miejsce z idealnie przystrzyżoną trawką. Naszym zwyczajem ustawiamy się w idealnym szeregu. Po chwili podjeżdżają miejscowi pasjonaci motoryzacji zabytkowej. W Szwecji to bardzo popularne hobby. Są w zacnym wieku. Najczęściej panowie z białymi włosami i brodą. Typowi Szwedzi. Chętnie opowiadają o swoich perełkach. Wniebowzięty jest nasz senior W. Diug. Szczególnie interesuje się Citroenem 2CV. Nic dziwnego. Na jego podwórku w Świątkowie zawsze stoi kilka podobnych.

Dzięki wcześniejszym uzgodnieniom Urzędu Miejskiego w Bytowie z gminą Markaryd zostajemy mile ugoszczeni przez miejscowych. Szwedzi raczą nas swoją kuchnią. My zapraszamy ich, by nas odwiedzili swoimi autami. Bytów przyjaźni się z tą szwedzką gminą od niemal 30 lat. Chętnie byśmy zostali dłużej, jednak plan to plan. Nasz nowy kierunek to Trollhättan. Dalej na północ w tej edycji Rajdu Dan-Car nie pojedziemy. Tego dnia pokonujemy 400 km z jednym tankowaniem tuż za Göteborgiem. Na miejscu Karolina Malek szuka w Google miejscowej elektrowni wodnej. Podobno mają tam dobre miejsce parkingowe. Jest cudowne! Odpoczywamy, spoglądając na górzyste widoki. I wtedy, trochę od niechcenia, spoglądam na paragon ze stacji paliw. Nie dowierzam… Sprawdzam SMS-a z mojego banku. Jednak jest prawdziwy. Godzinę wcześniej za 15 l zapłaciłem 700 zł! Nie wierzę, aby paliwo tutaj było aż tak drogie! Pokazuję paragon Karolowi Malkowi. Również jest zaskoczony. Dzwoni w moim imieniu na stację, prosząc o wyjaśnienia (nie znam ani angielskiego, ani tym bardziej szwedzkiego, on mówi płynnie). Okazuje się, że tutaj czasami banki blokują wyższe kwoty, a po kilku dniach je uwalniają. Podobno ma to związek z licznymi kradzieżami paliwa. Żebym to wiedział wcześniej!

VOLVO ROBI WRAŻENIE

Żółtym Saabem cabrio podjeżdża miejscowy. Myślę, nic dziwnego, przecież jesteśmy w mieście produkcji tej marki. Miły pan ogląda nasze samochody, dopytuje. Krążąc po Trollhättan szukam wzrokiem kolejnych Saabów. Na próżno. Dlaczego? Tego nie udaje nam się dowiedzieć nawet w Saab Car Museum, które odwiedzamy następnego dnia. W środku modele, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia. Ale nie będę ściemniać. Spodziewałem się czegoś więcej, bardziej efektownego.

Mamy napięty plan. Musimy jeszcze dojechać do oddalonego o 85 km muzeum Volvo w Göteborgu. Po drodze dołącza do nas bytowiak Krystian Szopiński, członek naszego klubu, który pracuje w Szwecji. Krystek odprowadza nas do muzeum Volvo. Już na wejściu widzimy, że będzie ciekawiej niż u Saaba. Na chwilę zatrzymuję się przy wersjach prototypowych. To jak patrzeć na taką samochodową ewolucję w drodze do seryjnej produkcji. Chwilę czekam, aż reszta grupy pójdzie dalej, abym miał więcej swobody w szukaniu odpowiedniej perspektywy do pstrykania zdjęć. Czuję się trochę jak dziecko w sklepie zabawkowym, chcąc ogarnąć wszystko naraz. Jestem zaskoczony liczbą modeli osobówek, ale także pojazdów specjalnych, nawet tych dostosowanych do pracy w lesie. Jesteśmy naprawdę zadowoleni. Nawet najmłodszy 4-letni Kuba Żyźniewski, który świetnie bawi się w strefie dla najmłodszych. Dostrzegam, że reszta ekipy już nacieszyła się muzeum. Ja jeszcze nie. Niepostrzeżenie cofam się. Być może już nigdy więcej tu nie trafię. Idąc niejako pod prąd, widzę auta z innej perspektywy…

Z Göteborga ruszamy do hotelu w Halmstad. Karol Malek proponuje, abyśmy nie jechali autostradą. Szybko okazuje się, że to dobry pomysł. Podążamy pełną zakrętów malowniczą trasą wzdłuż cieśniny Kattegat. Po drodze jeszcze zatrzymujemy się w nadmorskim kurorcie na piknik. G. Rycko odpala swojego gazowego grilla, ktoś inny grzeje wodę na kawę, reszta kroi kiełbaski, rozdziela ogórki i inne frykasy.

CDN>>